To jest chyba jedno z najpiękniejszych pytań o świętych – bo oni nie mieli jakiejś nadludzkiej wersji chrześcijaństwa. Mieli te same słabości, zmęczenie, pokusy, rozczarowania i trudnych ludzi wokół siebie. Różnica polegała przede wszystkim na tym, skąd czerpali siłę.
1. Nie próbowali żyć Ewangelią wyłącznie własnymi siłami
Święci bardzo często zaczynali od odkrycia: „Sam tego nie potrafię”. I właśnie to prowadziło ich do Boga.
Św. Paweł napisał:
„Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia.” (Flp 4,13)
Nie chodziło mu o poczucie, że jest niezwykle silny. Raczej o świadomość: Chrystus działa we mnie, więc mogę zrobić coś, czego sam bym nie potrafił.
Dlatego modlitwa świętych nie była tylko „obowiązkiem religijnym”. Była dla nich czymś w rodzaju oddychania duszą.
2. Czerpali z Eucharystii
Dla katolickich świętych Eucharystia nie była symbolem czy dodatkiem do życia chrześcijańskiego. Była spotkaniem z Kimś żywym.
I tutaj jest pewien paradoks: człowiek chce kochać, przebaczać, służyć, zachowywać cierpliwość – ale po pewnym czasie własne zasoby się kończą.
Święci wierzyli, że nie muszą produkować w sobie miłości do ludzi z niczego. Mogą otrzymywać ją od Chrystusa.
Św. Teresa z Kalkuty potrafiła bardzo mocno podkreślać, że bez modlitwy i Eucharystii człowiek szybko zaczyna działać wyłącznie z własnych sił.
3. Uczyli się Ewangelii w małych rzeczach
To chyba szczególnie ważne.
My czasami czytamy Ewangelię i myślimy:
„Jak ja mam całe życie kochać nieprzyjaciół, przebaczać siedemdziesiąt siedem razy, nie odpłacać złem za zło, być pokornym i służyć wszystkim?”
Święci zazwyczaj nie robili tego wszystkiego naraz.
Robili następną dobrą rzecz.
Ktoś ich zdenerwował → spróbować nie odpowiedzieć złością.
Ktoś zranił → nie pielęgnować zemsty.
Ktoś potrzebował pomocy → pomóc, choć się nie chce.
Pojawiła się pokusa pychy → uznać: „Nie jestem centrum świata”.
Przyszło cierpienie → powiedzieć Bogu: „Nie rozumiem, ale zostań ze mną”.
Ewangelia stawała się więc nie teorią, ale setkami małych decyzji każdego dnia.
Spróbuj tego dnia, podjąć małą decyzję, tą małą dobrą rzecz, którą możesz zrobić, a być może ją odkładasz na później.
4. Upadali – i wstawali
To bardzo ważne, bo łatwo wyobrazić sobie świętego jako człowieka, który od rana do wieczora jest spokojny, cierpliwy i pełen miłości.
Takich ludzi właściwie nie znamy.
Święci grzeszyli. Mieli charakter. Byli zmęczeni. Czasem się złościli. Miewali okresy oschłości w modlitwie. Niektórzy przechodzili przez bardzo poważne kryzysy duchowe.
Ich wielkość nie polegała na tym, że nigdy nie upadali.
Bardziej na tym, że nie uciekali od Boga po upadku.
Św. Filip Neri miał powiedzieć: „Panie, trzymaj mnie dzisiaj za rękę, bo inaczej zdradzę Cię.” – niezależnie od dokładności tego przypisywanego mu zdania, dobrze oddaje ono duchowość wielu świętych: „Boże, ja sam siebie znam. Dlatego potrzebuję Ciebie.”
5. Kochali konkretnych ludzi, a nie „ludzkość”
To też jest bardzo ewangeliczne.
Łatwo powiedzieć: „Kocham wszystkich ludzi”.
Trudniej kochać tego jednego człowieka, który właśnie nas irytuje.
Święci często zaczynali właśnie tam: od osoby obok.
Św. Jan Maria Vianney, św. Wincenty à Paulo, św. Maksymilian Kolbe, św. Teresa z Kalkuty – każdy na swój sposób odkrywał, że miłość do Boga musi przejść przez konkretnego człowieka.
Nie chodziło o to, żeby zawsze coś do niego czuć. Miłość chrześcijańska jest często decyzją:
„Nie mam teraz do ciebie dobrych uczuć, ale nie będę cię krzywdził. Pomodlę się za ciebie. Zrobię dla ciebie dobro.”
6. Mieli swoje „źródła”
U większości świętych można znaleźć pewien rytm:
modlitwa → Eucharystia → Słowo Boże → praca/służba → rachunek sumienia → ponowne zwrócenie się do Boga.
Nie zawsze wyglądało to idealnie.
Ale oni wiedzieli, że jeśli przez długi czas żyją wyłącznie z własnego „paliwa”, to zaczną wysychać.
Dlatego wracali.
I wracali.
I jeszcze raz wracali.
Święci nie żyli Ewangelią dlatego, że byli z natury lepsi od nas. Żyli nią dlatego, że coraz bardziej pozwalali Chrystusowi żyć w sobie.
7. Najgłębsza odpowiedź brzmi: z miłości
I chyba tutaj znajduje się sedno.
Człowiek może bardzo długo znosić trud, jeśli wie, dla kogo to robi.
Matka może wstać w nocy do dziecka, choć jest kompletnie wyczerpana. Nie dlatego, że nagle dostała nadprzyrodzoną energię fizyczną, tylko dlatego, że kocha.
Święci odkrywali coś podobnego w relacji z Chrystusem.
Przykazania przestawały być dla nich przede wszystkim:
„Muszę to zrobić, bo Bóg tak każe.”
a coraz bardziej stawały się:
„Chcę to zrobić, bo kocham Jezusa.”
I wtedy Ewangelia zaczyna działać zupełnie inaczej.
Można by więc bardzo krótko odpowiedzieć:
Święci nie żyli Ewangelią dlatego, że byli z natury lepsi od nas. Żyli nią dlatego, że coraz bardziej pozwalali Chrystusowi żyć w sobie.
A ich siła pochodziła z kilku rzeczy: modlitwy, Eucharystii, Słowa Bożego, sakramentu pojednania, wspólnoty, małych codziennych aktów miłości oraz – przede wszystkim – z łaski Boga.
I jest w tym coś bardzo pocieszającego: świętość nie zaczyna się od tego, że człowiek staje się mocny. Często zaczyna się od momentu, kiedy uczciwie mówi: „Boże, ja nie potrafię. Ty mi pomóż.”

